Nie wybrała tego sama: towarzyszenie kobietom, które zostały zmuszone do aborcji

Gdy ciąża kończy się nie z wyboru kobiety, lecz wskutek oszustwa, przymusu lub nieustającej presji, towarzyszący temu smutek ma szczególny ciężar. Niniejszy artykuł przygląda się temu doświadczeniu od środka oraz wskazuje, czego prawdziwe towarzyszenie wymaga od doradców, duszpasterzy i przyjaciół.

June 8, 2026
Nie wybrała tego sama: towarzyszenie kobietom, które zostały zmuszone do aborcji

Rosalie Markezich nie wiedziała, że przyjęła leki powodujące poronienie, dopóki nie było już za późno. Jej ówczesny chłopak zdobył mifepryston i mizoprostol na receptę wystawioną przez telemedycynę, a następnie podał jej je bez jej wiedzy. Zanim zdała sobie sprawę z tego, co zaszło, jej ciąża dobiegła końca.

Heartbeat International, prowadzące ogólnokrajowy rejestr zgłoszonych przypadków wymuszonego aborcji oraz zatrucia tabletką wczesnoporonną, zidentyfikowało 17 takich spraw sięgających 2007 roku, z czego dwa zostały już potwierdzone w 2025 roku. Rzeczniczka Andrea Trudden zaznacza, że liczby te odzwierciedlają jedynie to, co wychodzi na jaw publicznie. „Wiele kobiet nigdy nie zgłasza tego, co je spotkało — powiedziała — szczególnie gdy odpowiedzialną osobą jest ktoś, komu ufały i kogo znały."

Ta bliskość — krzywda zadana przez partnera, męża, chłopaka — sprawia, że tak trudno jest to nazwać, i to właśnie ona czyni towarzyszenie tak wymagającym.

Co ona w sobie nosi

Kobiety zmuszone do aborcji — przemocą, podstępem lub stałą presją — często zgłaszają się po pomoc, nie mając gotowego języka do opisania tego, co się wydarzyło. Mogą mówić o poronieniu, o nieudanym związku albo po prostu o aborcji, przemilczając okoliczności przymusu, bo wciąż same próbują rozróżnić, co im zrobiono od tego, na co się zgodziły.

Christa Brown, starszy dyrektor ds. oddziaływania medycznego w Heartbeat International, mówi wprost: „Wiele z tych kobiet jest przestraszonych, zagubionych i nie wie, gdzie się zwrócić. Często boją się, że nikt im nie uwierzy."

Ten lęk przed niedowierzaniem jest jedną z głównych cech tego doświadczenia. Gdy krzywda pochodzi od osoby obdarzonej zaufaniem, a przy tym dotyczy sfery, w której sprawczość kobiety jest już publicznie kwestionowana, często podejrzewa ona, że jej relacja zostanie zakwestionowana lub po cichu zbagatelizowana. To decyduje o tym, czy w ogóle zdecyduje się mówić.

Smutek układa się warstwami, których standardowe modele żałoby nie ujmują w pełni. Przymus reprodukcyjny uderza jednocześnie w całą osobę — ciałem rozporządzono bez jej zgody, wola została pominięta, a poczucie kobiety jako podmiotu moralnego i potencjalnej matki zostało podważone właśnie w chwili, gdy miało to największe znaczenie. Ponieważ ta strata jest jednocześnie stratą dziecka, żałoba ma swój konkretny przedmiot. Tradycja katolicka nie łagodzi tego obrazu: gdy kobieta zostaje oszukana lub zmuszona, jej ciało jest traktowane jak narzędzie, a jej dziecko odbierane jest jej bez zgody.

Szczególny wymiar zranienia moralnego

Badacze traumy posługują się pojęciemzranienia moralnegodla opisania cierpienia wynikającego nie tyle z zagrożenia, ile z naruszenia głęboko zakorzenionych przekonań o tym, jak ludzie powinni się zachowywać. U kobiet zmuszonych do aborcji zranienie to skupia się wokół zaufania. Ufała mu. Ufała, że jej ciało nie zostanie użyte przeciwko niej. Ufała, że jej pragnienie kontynuowania ciąży zostanie uszanowane. Każde z tych zaufań zostało złamane — w sposób głęboko intymny.

Towarzyszenie terapeutyczne, które pomija ten wymiar, chybi tego, co naprawdę boli. Nie wystarczy zająć się żałobą po stracie dziecka, choć ta żałoba jest jak najbardziej realna. Nie wystarczy zmierzyć się z dynamiką przemocy w bliskich relacjach, choć i ona jest tu obecna. Kobieta przeżywa jednocześnie żałobę po dziecku, po związku i po pewnym obrazie siebie — tej siebie, która wierzyła, że jest bezpieczna.

Jak naprawdę wygląda towarzyszenie

Słowotowarzyszeniew katolickiej teologii pastoralnej oznacza obecność, która nie spieszy się ku rozwiązaniu. Dla kobiet, które doświadczyły przymusu, ma to kilka konkretnych implikacji.

Trwaj przy ambiwalencji.Może wciąż kochać mężczyznę, który ją skrzywdził. Może odczuwać gniew, ból i zagubienie w trakcie jednego spotkania. Towarzyszenie nie wymaga od niej przedwczesnego rozstrzygnięcia tych sprzeczności. Presja na zamknięcie sprawy — „musisz sobie wybaczyć", „musisz iść dalej" — zamyka ten proces właśnie wtedy, gdy powinien się swobodnie toczyć.

Traktuj przymus poważnie jako wydarzenie pierwotne.Kusi, by sprowadzić to do ogólnego schematu uzdrowienia po aborcji. Ten schemat jest tu jednak niewystarczający. Ona tego nie wybrała. Wychodzenie od tego faktu — i powracanie do niego — nadaje towarzyszeniu jego właściwą uczciwość.

Nie odkładaj wymiaru duchowego na później.Pytania o los dziecka, o to, czy Bóg jest obecny w tym cierpieniu, o to, co znaczy przebaczenie, gdy winowajcą jest ktoś inny — te kwestie często stanowią sedno doświadczenia, a nie sprawy poboczne do omówienia po zakończeniu pracy klinicznej.

Bądź gotów nazwać to, co się wydarzyło.Nie diagnozować za nią — ale gdy ona to nazwie, potwierdzić. „Tak, to, co zrobił, było naruszeniem. Tak, twój ból jest prawdziwy. Tak, nie jesteś sama." To potwierdzenie nie jest techniką. To podstawowy akt świadectwa, który umożliwia zaufanie.

Dotrzeć do niej

Ponieważ wiele kobiet nigdy nie zgłasza tego, co je spotkało, często zgłaszają się po pomoc, nie nazywając w ogóle doznanego przymusu. Klinicyści i duszpasterze towarzyszący kobietom, które przeżyły niejednoznaczną stratę ciąży — zwłaszcza w związkach naznaczonych kontrolą — mogą towarzyszyć ofierze przymusu, nie zdając sobie z tego sprawy ani oni sami, ani ona.

Centra pomocy dla kobiet w ciąży afiliowane przy Heartbeat International coraz częściej szkolą pracowników, by rozpoznawali oznaki przymusu i wprost pytali: „Czy ta ciąża kończy się dlatego, że tego chcesz, czy dlatego, że ktoś cię do tego zmusza?" Dla kobiety, która nie znalazła jeszcze słów na to, co jej się przydarza, to pytanie może być pierwszym momentem, w którym ktoś potraktował jej doświadczenie jako coś realnego, wartego uwagi.

Kobiety, o których mówi Christa Brown — przestraszone, zagubione, bojące się, że nikt im nie uwierzy — nie szukają teologicznego stanowiska w sprawie aborcji. Szukają kogoś, kto zostanie w pokoju wystarczająco długo, by wysłuchać tego, co naprawdę zaszło. Od tego właśnie zaczyna się ta praca.