Dni upałów i wewnętrzne zniszczenie, którego nie ogarnie żaden schemat traumy
*Dog Days* Emily LaBarge odrzuca czysty łuk narracyjny wspomnień o traumie — i właśnie dzięki temu daje o wiele uczciwszy obraz tego, co przemoc naprawdę czyni z wnętrzem człowieka. Dla katolickiego terapeuty ta uczciwość nie jest literacką ciekawostką, lecz surowym tworzywem towarzyszenia: pofragmentowana, nawracająca, nieliniowa faktura tej książki jest dokładnie tym, co trzeba najpierw przyjąć, zanim cokolwiek będzie można odbudować.
Emily LaBarge została zaatakowana. Tyle wiadomo na pewno. To, co nastąpiło potem — miesiące i lata, w których wydarzenie zagnieździło się w jej układzie nerwowym, w jej pisarstwie, w jej poczuciu tego, czym jest zwykły dzień — jest tematem książkiDog Days, jej wspomnienia. Książka nie biegnie po linii prostej. Zatacza kręgi. Wraca do rzeczy, które nie zostały rozwiązane za pierwszym razem i nie zostaną rozwiązane za drugim. Naciska na zwyczajne chwile, by sprawdzić, jak one teraz — po wszystkim — są odczuwane. Daje czytelnikowi nie relację z cierpienia, lecz coś bliższego jego fakturze.
Ta faktura jest tu kluczowa. I warto się jej przyjrzeć uważnie, ponieważ to, czego LaBarge odmawia zrobić, jest bardziej antropologicznie odkrywcze niż to, co robi.
Co książka faktycznie ukazuje
Wspomnienie traumy jako forma kulturowa niesie ze sobą zbiór ukrytych twierdzeń o osobach: że cierpienie przechodzi przez dające się wyodrębnić etapy, że praca uzdrawiania jest w istocie pracą integracji narracyjnej i że dobrze przepracowane wydarzenie w końcu przynosi czytelną lekcję. Książka LaBarge odrzuca to wszystko. Akt przemocy jest wszechobecny i nigdzie nieujęty w ramy opisu. Forma wspomnień jest doświadczeniem tego, co po: niespójnym, nawracającym, niezdolnym do ustabilizowania się.
To nie jest porażka warsztatu. To akt precyzji. Książka daje obraz tego, jak wygląda wnętrze człowieka, gdy wydarzyło się coś strasznego i nie przestało się dziać — a więc ukazuje to, co terapeuta faktycznie otrzymuje, gdy ktoś wchodzi do gabinetu, niosąc akt przemocy, który nie chce pozostać w przeszłości.
Jordan Peterson w książceMaps of Meaningopisuje stres pourazowy jako to, co zachodzi, gdy wydarzenie narusza aksjomat najwyższego rzędu — założenie tak fundamentalne, że jego załamanie nie pozostawia pojedynczej luki w świecie percepcyjnym osoby, lecz obala samą organizującą strukturę.[^1] Ciało odczytuje znajomą ulicę jako zagrożenie. Twarze niosą nowe informacje, których wcześniej nie niosły. Czas przeszły przestaje działać w sposób niezawodny; wydarzenie wciąż dzieje się w czasie teraźniejszym percepcji. To, co LaBarge oddaje w prozie — krążenie, powracanie, brak ostatecznego rozwiązania — jest właśnie tym: wnętrzem, które utraciło architekturę służącą mu do organizowania doświadczenia i nie znalazło jeszcze innej.
Oto surowe dane, które otrzymuje terapeuta. Zanim możliwa będzie jakakolwiek rekonstrukcja, muszą zostać przyjęte takimi, jakie są.
Ograniczenia modelu przepracowywania
Dominującą odpowiedzią kliniczną na tego rodzaju obraz jest pomoc osobie w przepracowaniu wydarzenia: rozłożenie wspomnienia na części, odłączenie jego ładunku emocjonalnego i niezawodne przeniesienie go w przeszłość. Tkwi w tym autentyczna psychologiczna mądrość. Wspomnienie, które nadal niesie żywy ładunek emocjonalny, jest w sensie klinicznym wciąż aktywne — wciąż kształtuje percepcję i zachowanie tak, jakby wydarzenie trwało nadal.[^2]
Ale wniosek, który z tego wyciąga popularna kultura terapeutyczna — że celem jest wyeliminowanie emocjonalnej pozostałości i że dobrze przepracowane wydarzenie nie zostawia trwałego śladu — jest miejscem, w którym wkrada się błąd antropologiczny. Osoba staje się problemem do rozwiązania. Cierpienie jest zakłóceniem w skądinąd nienaruszonego życia, a zadaniem jest przywrócenie tego życia do stanu sprzed wydarzenia.
Steven Hayes, opracowując Terapię Akceptacji i Zaangażowania, sprzeciwia się temu modelowi. Elastyczność psychologiczna w jego ujęciu nie jest brakiem trudnych treści wewnętrznych, lecz zmienioną relacją wobec nich: osoba działa z pozycji wybranych wartości, niosąc wspomnienie, zamiast czekać, aż wspomnienie zniknie, by zacząć żyć.[^3] To bliższe temu, co LaBarge zdaje się robić na kartach książki. Nie wyeliminowała wydarzenia. Pisze wokół niego, a to co innego niż odpisywanie go.
Ale nawet te ramy zatrzymują się przed pytaniem, które stawia antropologia katolicka: co to niespójne wnętrze nam ukazuje i czego naprawdę wymaga wierne towarzyszenie mu?
Terapeuta jako pierwszy odbiorca
Vitz, Nordling i Titus rozumieją osobę ludzką jako jedność ciała i duszy, której władze wewnętrzne — zmysłowe, poznawcze, emocjonalne, wolitywne — są uporządkowane względem siebie nawzajem i względem prawdy. W stanie upadłym ów porządek jest naruszony. Pożądliwość nie jest jedynie nieuporządkowanym pragnieniem w sensie moralnym; opisuje bardziej całościowe zaburzenie, w którym aparat oceniający osoby nie śledzi już w sposób niezawodny rzeczywistości. Akt przemocy nie niszczy po prostu wspomnienia. Zaburza zmysł kogitacyjny — władzę, którą Benjamin Suazo identyfikuje jako zdolność trafnego odczytywania osób i sytuacji — a to zaburzenie propaguje się przez całe wnętrze.[^4]
Oznacza to, że to, co przedstawia książka LaBarge, nie jest wyborem stylistycznym, lecz symptomem w pierwotnym tego słowa znaczeniu: znakiem czegoś, co dokonuje się we wnętrzu. Fragmentaryczna, krążąca, nieliniowa formaDog Daysjest fenomenologią osoby, której władze kogitacyjne i oceniające zostały zdezorganizowane przez gwałtowną ingerencję. Pierwszym zadaniem terapeuty nie jest wyprostowanie tej formy. Jest nim jej przyjęcie — pozostanie z niespójną relacją na tyle długo, by zrozumieć, jak aktualnie wygląda wnętrze tej osoby i jak aktualnie odczytuje ona świat.
Tu właśnie ma znaczenie formacja katolickiego terapeuty. McWhorter, czerpiąc z hermeneutyki filozoficznej Gadamera, argumentuje, że formacja specjalistów zdrowia psychicznego musi obejmować autentyczną refleksję hermeneutyczną — zdolność spotkania relacji klienta bez natychmiastowego asymilowania jej do własnych ram interpretacyjnych terapeuty.[^5] Empatia kliniczna w tym ujęciu nie jest projekcją ani nawet identyfikacją, lecz rodzajem rozumienia, który wyłania się, gdy dwie perspektywy rzeczywiście się spotykają. Terapeuta nie wie z góry, co oznacza fragmentaryczna relacja. Zadaniem jest ją zrozumieć, a rozumienie wymaga cierpliwości wobec jej nieliniowości, zanim podejmie się jakąkolwiek rekonstrukcję.
Towarzyszenie przed rekonstrukcją
To rozróżnienie ma znaczenie kliniczne. Terapeuta, który zbyt szybko przechodzi do rekonstrukcji — do integracji narracyjnej, do nadawania znaczenia, do pytania, czemu wydarzenie miało służyć — ryzykuje uczynienie klientowi tego, co fabuła traumy czyni wspomnieniom: narzucenie czytelnego łuku doświadczeniu, które jeszcze takiego łuku nie wydało. Od osoby żąda się odegrania powrotu do zdrowia, zanim została ona naprawdę przyjęta w swoim rozbiciu.
To jest konkretna porażka pastoralna, którą ramy katolickie są w stanie nazwać. Towarzyszenie, tak jak rozumie je tradycja, nie jest fazą wstępną przed rozpoczęciem właściwej pracy terapeutycznej. Jest właściwą pracą terapeutyczną w jej pierwszej i najbardziej wymagającej formie. Terapeuta musi trwać przy krążeniu, przy powracaniu, przy niezdolności do pozostania w czasie przeszłym — musi przyjąć to jako dane o rzeczywistym wnętrzu osoby, a nie jako prezentację do skorygowania.
Dopiero gdy to przyjęcie jest autentyczne, może otworzyć się pytanie o rekonstrukcję. I tu CCMMP oferuje ramy, których model przepracowywania nie daje. Akwinata wskazuje pamięć jako integralną część roztropności — nie samo przypominanie, lecz uporządkowane wykorzystanie przeszłego doświadczenia jako zasobu dla osądu w teraźniejszości. Celem towarzyszenia nie jest odłączenie wspomnienia od jego ładunku emocjonalnego, aby można je było odłożyć na półkę. Celem jest pomóc osobie nieść to wspomnienie inaczej: jako coś, co do niej należy, co ją ukształtowało, co może teraz wnosić w sposób, w jaki odczytuje świat i porusza się w nim.
To inny rodzaj uzdrowienia niż ten, jaki wyobraża sobie fabuła traumy. Nie obiecuje, że wydarzenie przestanie mieć znaczenie. Obiecuje coś trudniejszego i trwalszego: że osoba może być czymś więcej niż to, co jej się przydarzyło, i że to, co jej się przydarzyło, może z czasem stać się źródłem percepcji, a nie źródłem nieustającego zagrożenia.
Co pozostaje do odczytania
Gdy ktoś przychodzi do gabinetu terapeuty, niosąc wydarzenie takie jak to, które opisuje LaBarge — niosąc je tak, jak ona je niesie: we fragmentach, nie wprost, nie mogąc umieścić go w czasie przeszłym — pierwszym pytaniem nie jest to, czy zostało ono odpowiednio przepracowane. Pierwszym pytaniem jest to, czy osoba ta została naprawdę wysłuchana w jego niespójnej formie.
Dog Daysjest między innymi zapisem tego, jak ta niespójna forma faktycznie wygląda. To surowe dane. Zadaniem katolickiego terapeuty jest przyjąć te dane, nie przekładając ich natychmiast na narrację, na którą jeszcze nie zasłużyły — a następnie, powoli, pomagać osobie odnaleźć drogę do wnętrza, które nie jest zorganizowane wokół przemocy tego, co jej uczyniono, lecz jest na tyle pojemne, by to unieść, nie będąc przez to zdefiniowanym.
Wspomnienie, które wciąż parzy, nie jest dowodem na porażkę uzdrowienia. Jest znakiem, że praca przyjęcia nie została jeszcze ukończona.
[^1]: Jordan B. Peterson,Maps of Meaning: The Architecture of Belief(New York: Routledge, 1999).
[^2]: Bessel van der Kolk,The Body Keeps the Score: Brain, Mind, and Body in the Healing of Trauma(New York: Viking, 2014).
[^3]: Steven C. Hayes, Kirk D. Strosahl i Kelly G. Wilson,Acceptance and Commitment Therapy: The Process and Practice of Mindful Change, wyd. 2 (New York: Guilford Press, 2012).
[^4]: Benjamin Suazo,Psicopatología y mal moral(Madrid: Palabra, 2018).
[^5]: L. McWhorter, „Gadamer and the Training of Mental Health Professionals",Philosophy, Psychiatry, & Psychology12, nr 2 (2005): 111–21.