Hojność i miłość nie są rywalkami — jedna jest korzeniem, druga kwiatem
Czytelnik pyta, co jest ważniejsze: hojność czy miłość. Pytanie brzmi jak rywalizacja, ale tradycja katolicka postrzega te dwie rzeczywistości jako wzajemnie w sobie zawarte — jedną naturalną, drugą nadprzyrodzoną — z których każda potrzebuje drugiej, by osiągnąć swoją pełną formę.
Czytelnik pyta, co jest ważniejsze: hojność czy miłość. Pytanie jest szczere i zasługuje na coś więcej niż szybkie uszeregowanie. Pod jego powierzchnią kryje się coś, przy czym warto się zatrzymać — być może poczucie, że bycie osobą dającą powinno się jakoś liczyć, a może obawa, że to, co Kościół nazywa miłością, wydaje się abstrakcyjne w porównaniu z konkretnym gestem wręczenia komuś pieniędzy, czasu czy uwagi. Czytelnik słusznie wyczuwa, że te dwie rzeczy się różnią. Słusznie też wyczuwa, że są ze sobą powiązane. Tradycja nie wybiera między nimi — ona je porządkuje.
Zacznijmy od hojności, bo to prawdopodobnie to, co większość ludzi ma na myśli, używając któregokolwiek z tych słów w codziennej rozmowie. Hojność —liberalitas w łacińskiej tradycji scholastycznej — jest cnotą woli w odniesieniu do dóbr materialnych. Tomasz z Akwinu omawia ją wSumie teologicznej jako podcnotę sprawiedliwości, która uzdalnia człowieka do dawania i dzielenia się bez nieuporządkowanego przywiązania do bogactw, jakim jest chciwość. Już Arystoteles zauważył, że ludzie hojni są jednymi z najbardziej cenionych — ustępują jedynie odważnym i sprawiedliwym.[^1] To, co Akwinata dodaje, czerpiąc z Ambrożego i Augustyna, to spostrzeżenie, że hojność wyrasta z pewnej afektywnej wolności: człowiek hojny nie jest zniewolony bogactwem, nie kocha pieniędzy dla nich samych, a zatem daje — nie tylko przyjaciołom, lecz każdemu, komu dawanie jest stosowne.[^1] To prawdziwe osiągnięcie moralne. Człowiek, który nie potrafi rozluźnić dłoni, nie jest wolny, a wolność jest warunkiem wszelkiego dalszego wzrostu moralnego.
Lecz hojność, właśnie dlatego że jest cnotą naturalną, ma swój sufit. Doskonali ona relację dającego do rzeczy materialnych, ale sama z siebie nie doskonali jego relacji z innymi osobami, a tym bardziej z Bogiem. Akwinata zauważa, że hojność jest formalnie cnotą dającego — kieruje wzrok do wewnątrz, ku moralnemu doskonaleniu samego dającego — podczas gdy miłość (caritas) kieruje wzrok na zewnątrz i ku górze: jej bezpośrednim i właściwym przedmiotem jest Bóg jako cel ostateczny, a przez Boga — każdy człowiek jako umiłowany przez Boga.[^2] Royo Marín, podsumowując tradycję, ujmuje rzecz dobitnie: miłość jest królową wszystkich cnót, nieodłączną od łaski uświęcającej, ponieważ tylko miłość porządkuje duszę bezpośrednio ku Bogu.[^2] Hojność może istnieć bez miłości — świecki filantrop może być autentycznie hojny — ale sama z siebie nie jest w stanie dosięgnąć wyżyn, które osiąga miłość.
C. S. Lewis wyjaśnia praktyczną stawkę w książceChrześcijaństwo po prostu. Zauważa, że to, co anglojęzyczni nazywają dziś „charity", zostało zredukowane do jałmużny — do zewnętrznego aktu, który wygląda jak hojność — i w ten sposób oba słowa praktycznie zlały się w potocznym użyciu.[^3] Pierwotne, szersze znaczenie charity to jednak miłość w chrześcijańskim sensie: nie emocja, nie uczucie ciepła, lecz stan woli, który pragnie prawdziwego dobra dla drugiego człowieka.[^3] Lewis podkreśla, że naturalna sympatia nie jest ani grzechem, ani cnotą — jest po prostu faktem naszej psychiki. To, co z nią robimy — czy ją pielęgnujemy, czy pozwalamy jej zwęzić się do faworyzowania bliskich, czy rozciągamy coś na jej wzór na ludzi, których naturalnie nie lubimy — właśnie tam wkracza miłość.[^3] Hojności może pomagać naturalna sympatia; miłość działa nawet przy jej braku.
Jacques Maritain wyostrza tę myśl jeszcze bardziej. Wśród cnót moralnych królową jest roztropność. Lecz sama roztropność — jak argumentuje — została uczyniona służebnicą wobec miłości, ponieważ miłość jako cnota teologalna, której przedmiotem jest sam Bóg, kieruje całym życiem moralnym z wysoka.[^4] Maritain odwołuje się do słów Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian (rozdz. 13) oraz do arystotelesowskiego spostrzeżenia, że przyjaźń wymaga pewnego rodzaju równości. Między Bogiem a niewyniesionym ludzkim stworzeniem taka równość nie istnieje. Ale łaska zmienia równanie: miłość jest właśnie uczestnictwem w Bożej miłości udzielonej nam, i dzięki niej prawdziwa przyjaźń między Bogiem a duszą staje się możliwa.[^4] Hojność, choć szlachetna, działa na poziomie natury. Miłość działa na poziomie łaski. Żadna z nich nie znosi drugiej, lecz należą do różnych rejestrów osoby ludzkiej.
W tym miejscu przydatny staje się Katolicko-Chrześcijański Meta-Model Osoby (Vitz, Nordling i Titus), ponieważ skłania nas do myślenia o osobie ludzkiej nie jako o płaskim podmiocie moralnym, lecz jako o istocie poruszającej się w łuku Stworzenie–Upadek–Odkupienie. W stanie pierwotnego stworzenia hojność i miłość byłyby doskonale zintegrowane — naturalne dawanie osoby wypływałoby z miłości Boga i do niej powracało bez tarcia. Pożądliwość — nieuporządkowane pragnienie, które Akwinata wskazuje jako jeden z głównych skutków upadku — rozbija tę integrację: trzymamy się tego, co mamy, dajemy z interesu własnego lub pod presją społeczną, a nawet nasze najbardziej hojne czyny niosą mieszane motywacje. Odkupienie nie przywraca po prostu pierwotnego porządku — ono go wynosi. Chrześcijańskie życie moralne nie polega jedynie na odzyskaniu cnót naturalnych, lecz na ich przemianie przez teologalne życie łaski. Osoba hojna, która przyjmuje miłość, nie przestaje być hojna; jej hojność zostaje włączona w coś większego — uporządkowana teraz nie tylko ku dobru obdarowanych, lecz ku chwale Bożej i zbawieniu dusz.
Co zatem czytelnik powinien zachować? Odpowiedź praktyczna brzmi tak: pielęgnuj hojność, bo jest prawdziwie dobra i bo jej brak — chciwość — jest formą zniewolenia, która zamyka dłoń i kurczy duszę. Ale nie zatrzymuj się na tym. Hojność bez miłości jest kwiatem odciętym od korzenia; jest piękna przez jakiś czas, a potem więdnie. Miłość jest teologalnym korzeniem, z którego hojność — włączona w życie chrześcijańskie — czerpie swą najgłębszą żywotność. Hojność praktykujesz wobec konkretnych ludzi w konkretnych chwilach; miłość praktykujesz wobec Boga i wobec każdego człowieka jako umiłowanego przez Boga — w tym wobec tych, którym z natury nie dałbyś niczego.
Jan od Krzyża ujął to uporządkowanie prosto: „A la tarde te examinarán en el amor" — u kresu życia będziesz egzaminowany z miłości.[^2] Nie z ilości tego, co dałeś. Nie ze sprawności twoich organizacji charytatywnych. Z miłości — to znaczy z miłości tak, jak rozumieli ją Maritain, Akwinata i Paweł: stanu woli całkowicie skierowanej ku Bogu, a przez Boga — ku każdemu bliźniemu. Hojność jest nieodzownym przygotowaniem. Miłość jest celem.
[^1]: Tomasz z Akwinu,Suma teologiczna II-II, oliberalitas: człowiek hojny daje nie tylko przyjaciołom, ale każdemu, kto odnosi korzyść, z wolności uczuciowej wobec dóbr materialnych; Arystoteles stawia hojnych na drugim miejscu w hierarchii czci — po odważnych i sprawiedliwych. [^2]: Royo Marín,Teología de la Perfección Cristiana: „la caridad es la reina de todas las virtudes… el alma será tanto más santa cuanto más de cerca se allegue a Dios"; Jan od Krzyża,Avisos y sentencias 57. [^3]: Lewis,Chrześcijaństwo po prostu: „Charity means Love, in the Christian sense… a state not of the feelings but of the will"; naturalna sympatia „nie jest ani grzechem, ani cnotą". [^4]: Maritain,The Responsibility of the Artist: „Prudence is indeed the queen of moral virtues, but this queen has been made into a servant with respect to Charity… the only real queen of all virtues is Charity."