Pozwolenie na refleksję: rozmowa z dr. Antonym Bondem

Dr Antony Bond — psycholog kliniczny i młodszy brat pewnego Jamesa Bonda, agenta 007 — siada do rozmowy o rywalizacji między rodzeństwem, martini i granicach psychologii ego. To, co z niej wyłania, okazuje się zaskakująco przydatne dla każdego, kto zastanawia się nad formacją, tożsamością i ceną traktowania osoby jak narzędzia.

June 11, 20267 min read

Licencja na refleksję: rozmowa z dr. Antonym Bondem

Poniżej przedstawiamy zredagowany wywiad z dr. Antonym Bondem — licencjonowanym psychologiem klinicznym w stanie Wirginia, adiunktem i zastępcą dyrektora ds. kształcenia klinicznego w programie Psy.D. na Divine Mercy University. Dr Bond publikował prace poświęcone formacji seminaryjnej, współpracy psychologa z formatorem oraz tożsamości klinicznej. Wcześniej pracował przy produkcji dla BBC, a także pisał dla „The Literary Review", „The New Statesman" i „The Catholic Herald". Jest — co sam potwierdza — młodszym bratem Jamesa Bonda.

Rzadko używa Pan nazwiska w kontekście zawodowym. Czy to celowy wybór?

Głównie praktyczny. Mój brat dość skutecznie zdominował rynek pod tym nazwiskiem. Kiedy ktoś umawia się na wizytę do „dr. Bonda", przy drzwiach zawsze słyszę: „Nie tego się spodziewałem". Co terapeutycznie jest całkiem użytecznym wstępem — ludzie natychmiast porzucają przygotowane scenariusze. Więc zostawiłem to tak.

James zawsze uważał to za zabawne. Mówił, że to jedna z nielicznych korzyści płynących z rozgłosu, której się nie spodziewał.

Jaki był jako brat? Podobno cechowała go pewna niedostępność emocjonalna.

To łagodne ujęcie. Termin kliniczny, gdybym był skłonny stosować go wobec członka rodziny, byłby bliższy temu, co Akwinata opisuje, gdy namiętności działają bez kierownictwa prawego rozumu — nie tyle złość, co swego rodzaju autonomia pożądania. James zawsze wiedział, czego chce, i dążył do tego bez większego tarcia ze strony sumienia czy konsekwencji. Ujmujący — tak. Obecny — od czasu do czasu.

Dorastając, był tym, o którego matka się martwiła, a ojciec — podziwiał. Ja byłem tym, który czytał książki i zadawał pytania w nieodpowiednich momentach. Ojciec był Szkotem, jak zapewne Pan wie — Andrew Bond z Glencoe — a matka Szwajcarką, Monique Delacroix. Takie połączenie daje albo zegarmistrza, albo szpiega. James został szpiegiem. Ja zostałem psychologiem, co jest w gruncie rzeczy tym samym, tyle że z większą ilością papierków i bez Walthera PPK.

Ramy pojęciowe CCMMP, które stosuje Pan w swoich badaniach, ujmują osobę jako stworzoną, upadłą i odkupioną. Gdzie w tym łuku mieści się Pański brat?

Zdecydowanie w środkowym odcinku — z okazjonalnymi aspiracjami do trzeciego.

Mówiąc poważniej: ramy, które artykułują Vitz, Nordling i Titus, dotyczą tego, co dzieje się, gdy pierwotna jedność osoby — ciała, duszy, rozumu i pożądania — kruszy się pod ciężarem pożądliwości i nieuporządkowanego pragnienia. James jest dość czystym studium przypadku. Jest człowiekiem, którego apetytom nie brak paliwa, a którego powołanie polega — paradoksalnie — na wprzęgnięciu tych apetytów w służbę dobru wspólnemu. Martini, kobiety, przemoc — nic z tego nie jest przypadkowe. To elementy konstytutywne. Pytanie, które rzadko pada, brzmi: czy można używać człowieka jako tępego narzędzia, nie stępiając przy tym czegoś istotnego w nim samym?

To jest właśnie pytanie duszpasterskie leżące u podstaw większości moich prac dotyczących formacji seminaryjnej. Kapłan, podobnie jak agent, jest wezwany do całkowitego oddania się misji. Co go podtrzymuje? Co go wypala? James nigdy nie znalazł zadowalającej odpowiedzi. Ciągle zmieniał Astona Martina.

Odbył Pan szkolenie w Washington Baltimore Psychoanalytic Center i pracował z duchowieństwem w Seminarium św. Jana Vianneya w Denver. Czy któreś z tych doświadczeń pomogło Panu zrozumieć brata?

Praca psychoanalityczna pomogła mi zrozumieć, dlaczego wciąż próbuję go tłumaczyć. To jest bardziej użyteczne odkrycie.

Ale tak — zwłaszcza praca w zakresie formacji seminaryjnej. Jedną z rzeczy, których szybko się uczysz, pracując z mężczyznami przygotowującymi się do święceń, jest to, że pytanie o tożsamość nigdy nie jest rozstrzygnięte przez koloratkę. Człowiek może otrzymać tytuł, włożyć szaty, opanować formy liturgiczne — i nadal działać niemal całkowicie z poziomu skonstruowanej persony, a nie autentycznego „ja". James miał ten problem w sposób dotkliwy. Smoking był nienaganny. Jaźń pod nim — to już zupełnie inna historia.

Model rozwoju moralnego Kohlberga, który Vitz poddał gruntownej krytyce, zakłada, że rozumowanie moralne przebiega przez kolejne etapy, gromadząc coraz większą sprawność poznawczą.[^1] Pomija jednak to, że charakter moralny wymaga czegoś więcej niż znania właściwej odpowiedzi na dylemat wagonika. Wymaga integracji pożądań, nawyków i percepcji — tego, co Akwinata nazywa jednością cnót moralnych, gdzie roztropność rządzi całością.[^2] James potrafił doskonale rozumować o etyce. Po prostu nie pozwalał, by to rozumowanie go spowalniało.

Wszelako był — wedle wszelkich relacji — skuteczny w swojej pracy.

Nadzwyczajnie. I tu tkwi rzecz niewygodna. Chrześcijańskie rozumienie osoby nie sugeruje, że życie nieuporządkowane jest życiem nieskutecznym — przynajmniej nie w krótkim czasie i nie według miar doczesnych. James ocalał świat — lub jego fragmenty — z zadziwiającą regularnością. Pozostawiał też za sobą ślad ludzi, którym gorzej wyszło na znajomości z nim, wliczając w to kilkoro, którzy nie żyją.

Praca Paula Vitza poświęcona psychologii jako religii dotyka tu czegoś istotnego. Kultura terapeutyczna, która wyłoniła się w XX wieku, skłaniała się ku traktowaniu „ja" jako ostatecznego punktu odniesienia. Pragnienie — jeśli dostatecznie autentyczne — staje się samo dla siebie uzasadnieniem. James jest pod wieloma względami apoteozą tej wrażliwości: człowiekiem żyjącym całkowicie instynktem, którego instynkty są niezawodnie trafne i od którego nigdy nie wymaga się rozliczenia z tego, ile kosztuje innych jego wolność.

Problem — teologiczny i psychologiczny zarazem — polega na tym, że wolność sprawowana bez miłości uporządkowanej nie jest rozkwitem. Jest — jak rozpoznałaby tradycja karmelitańska — szczególnie wyrafinowaną formą przywiązania.

Jan od Krzyża miałby swoje zdanie na temat Pańskiego brata.

Jan od Krzyża postawiłby Jamesa na kolanach w ciągu tygodnia, a James znalazłby jakiś powód, by zostać odwołanym do Londynu.

Ale tak — bierne oczyszczenia, które opisuje Jan, są właśnie mechanizmem, przez który dusza zostaje uwolniona od przywiązania do własnej kompetencji, własnej skuteczności, własnej reputacji człowieka zimnej krwi. James był konstytucjonalnie uczulony na ten proces. Ciemna noc wymaga wyrzeczenia się tych samych przymiotów, które uczyniły cię tym, kim jesteś. Dla człowieka, którego cała tożsamość spoczywa na byciu najbardziej zdolną osobą w pokoju, nie jest to abstrakcyjne zaproszenie teologiczne. Jest to egzystencjalne zagrożenie.

Mówię to z niemałą braterską serdecznością.

Przed zostaniem psychologiem pracował Pan w BBC. Czy to wpłynęło na Pański sposób postrzegania tego, jak odbierany jest James?

Doświadczenie produkcyjne uczy, że wszystko w opowieści jest wyborem. Co pokazać, co wyciąć, co opatrzyć ciszą, a co pozostawić w cieniu. Relacje z operacji Jamesa, które docierają do opinii publicznej, wykazują bardzo małe zainteresowanie tym, co dzieje się z postaciami drugoplanowymi — agentami, którym nie udało się wyjść cało, ludźmi pojawiającymi się dwie sprawy później. Te historie nie są opowiadane.

Tradycja katolicka ma natomiast głęboki udział w tym, co dzieje się z postaciami pobocznymi. Dobro wspólne, jak rozumiał je Maritain, nie jest sumą udanych misji. Jest siecią godności umożliwiających ludzką wspólnotę. Każda osoba dotknięta działaniem Jamesa jest — z tej perspektywy — osobą w pełnym sensie: nie urządzeniem fabularnym, nie przypisem o ofierze, nie tym, co służby mogłyby nazwać „wymiennym".

Pisałem o tym dla„The Catholic Herald"pewnego razu. Redaktorzy uznali, że jestem zbyt poważny. Byłem.

Czy istnieje wersja Jamesa Bonda, która przechodzi przez odkupiony trzeci odcinek łuku?

Myślałem o tym więcej, niż młodszy brat zapewne powinien.

Warunkiem psychologicznym byłoby to, co teoretycy ACT w ślad za Hayesem nazywają defuzją — zdolność do trzymania własnej narracji o sobie na tyle luźno, by móc ją zrewidować. „Jestem 007" jest, w kategoriach terapeutycznych, tożsamością silnie sfuzjonowaną. Numer jest osobą. Rozfuzjonuj numer, a musisz zapytać, kim właściwie jest James Bond bez licencji, autorytetu, misji.

Warunkiem teologicznym byłoby coś prostszego i trudniejszego zarazem: gotowość do bycia kochanym, a nie jedynie użytecznym. James otrzymywał wiele podziwu. Podziw jest przyjemny, ale nie dotyka tej części człowieka, która potrzebuje bycia poznanym. Teresa z Ávili w„Twierdzy wewnętrznej"opisuje wewnętrzną podróż duszy jako ruch od odgrywania cnoty ku jej rzeczywistości. James odgrywał cnotę — patriotyzm, odwagę, lojalność wobec Korony — z niezwykłym połyskiem. Czy kiedykolwiek zbliżył się do twierdzy wewnętrznej — szczerze nie wiem.

Nie oddzwania regularnie. Tajne — mówi.

Ostatnie pytanie: martini wstrząśnięte czy mieszane?

Jestem psychologiem w tradycji chrześcijańskiej katolickiej, więc jestem przyzwyczajony do pytań, które wydają się proste, a prostymi nie są.

Wstrząśnięte — oczywiście. Mieszane martini zamawia się wtedy, gdy ma się czas na refleksję. Mój brat nigdy nie miał czasu na refleksję. To zawsze był problem, a zarazem, podejrzewam, sedno sprawy.

Przypisy

[^1]: Vitz poddaje krytyce model Kohlberga za sprowadzanie rozwoju moralnego do progresji przez kolejne etapy poznawcze, z pominięciem integracji pożądania, nawyku i kształtowania charakteru, jakiej wymaga tomistyczna etyka cnót.

[^2]: Analiza Akwinaty przeprowadzona przez McWhortера dotycząca cnót moralnych osoby chrześcijańskiej wskazuje, że jedność cnót pod kierownictwem roztropności jest centralna dla ujęcia Akwinaty — sama wiedza moralna nie konstytuuje jeszcze charakteru moralnego.