Czytanie, by się stawać, czytanie, by być: poza Ruskinem i Proustem

Esej Flory Champy opublikowany w Aeon śledzi debatę Ruskina z Proustem na temat tego, czemu służy lektura — czy doskonaleniu moralnemu, czy odkrywaniu siebie. Synteza, do której autorka się zbliża, lecz której nie doprowadza do końca, jest następująca: dyscyplina Ruskina stanowi fundament, otwartość Prousta jest jej owocem, a żadna z nich nie działa bez drugiej.

May 28, 20266 min read

Chłopiec i książka nad brzegiem rzeki

Proust wspominał, jak w dzieciństwie czytał nad rzeką — popołudniowe światło przesuwało się po stronicy, a świat za murem ogrodu toczył się bez niego. Nie pracował nad sobą. Robił coś dziwniejszego: stawał się pełniej sobą, przechodząc przez cudze słowa. Doznanie to, jak napisał później, było kontaktem z głębią, do której sam nie potrafiłby dotrzeć.

Esej Flory Champy wAeon, „Does Reading Do Us Any Good?", czyni z tego proustowskiego wspomnienia punkt zwrotny starannie prowadzonej argumentacji. Wbrew moralizmowi Ruskina i współczesnym wojnom kulturowym, które zaciągnęły literaturę w służbę ideologii z obu stron, Champy dowodzi, że prawdziwy dar lektury nie polega ani na moralnym doskonaleniu, ani na treningu empatii. Jest nim to, co Proust nazwał formacją etyczną: rozszerzenie własnego „ja" przez kontakt z twórczą interiornością drugiego człowieka. Champy dochodzi do tego wniosku, przywołując szeroką panoramę intelektualną — od Barthes'a, przez Derridę i Harolda Blooma, po współczesne spory o kanon. Ma rację, że żadna ze stron dzisiejszej debaty nie ujmuje lektury właściwie. Zatrzymuje się jednak o krok przed syntezą, ku której zmierza jej własna argumentacja.

Zakład Ruskina i jego granice

Ruskinowska obrona literatury ma charakter zasadniczo akwizycyjny. Książki są skarbnicą najlepszych umysłów w dziejach, dostępną każdemu, kto podejdzie do nich poważnie. Lektura to trening moralny i obywatelski: kształci bezinteresowność, wyostrza uwagę i wychowuje lepszych obywateli. Korzyść płynie z jakości tego, co się czyta, i z powagi, z jaką się to robi. Idź do książek, by zdobyć coś cennego, czego sam nie byłbyś w stanie wytworzyć.

Tradycja wielkich ksiąg — cokolwiek mówią jej modne krytycy — opiera się na autentycznej intuicji pedagogicznej: młody człowiek, który przeczytał Tukidydesa o zarazie w Atenach albo George Eliot o powolnym rozkładzie zarozumiałości, otrzymał coś, czego samo bezpośrednie doświadczenie rzadko dostarcza na czas. Dyscyplina skupionej uwagi wobec trudnego tekstu — wytrwanie przy akapicie, który stawia opór, podążanie za argumentem aż do jego konsekwencji — kształci umysł w sposób, który formuje percepcję moralną. Ruskin rozumiał, że formacja wymaga spotkania z doskonałością i że nie wszystkie książki nadają się do tego zadania w równym stopniu.

Zakład Prousta i jego niebezpieczeństwo

Kontrpropozycja Prousta, podjęta przez Champy, jest bardziej radykalna. Książki nie są źródłem mądrości do wydobycia, lecz medium, przez które zostaje uaktywnione najgłębsze „ja" czytelnika. Cud lektury nie polega na tym, że wielcy pisarze odsłaniają ci swoje godne podziwu umysły — lecz na tym, że kontakt z twórczą interiornością pisarza otwiera w tobie coś, do czego sam nie byłbyś w stanie dotrzeć. Co istotne, Proust zauważa, że jakość książki niemal nie ma znaczenia: przeciętny pisarz może spełnić tę funkcję równie dobrze, bo liczy się sam kontakt, nie przekazywana treść. Lektura nie jest nabywaniem, lecz spotkaniem — a tym, co się w nim napotyka, jest ostatecznie ty sam, na głębokości zwykle niedostępnej.

Niebezpieczeństwo tkwiące w tej koncepcji nietrudno nazwać. Jeśli jakość książki niemal nie ma znaczenia, jeśli liczy się kontakt uruchamiający własne głębie czytelnika, to czytające „ja" ryzykuje, że stanie się jedynym prawdziwym podmiotem całego przedsięwzięcia. Jaźń się rozszerza, odkrywa nowe wymiary doświadczenia, staje się pojemniejsza i wrażliwsza — po czym zwraca całą tę pojemność do wewnątrz, ku własnemu wzbogaceniu. Balthasar prześledzył ten ruch we wczesnych pracach o niemieckiej tradycji literackiej: estetyzujące „ja", nieskrępowane miłością skierowaną na zewnątrz, zakrzywia się ku sobie. Pogłębienie staje się spiralą.[^4] To pokusa estety — pomylić poszerzenie siebie z przekroczeniem siebie.

Historia XX wieku dostarcza niewygodnych ilustracji. Albert Speer czytał szeroko, wypracował wyrafinowane wyczucie formy klasycznej i każdą uncję tej kultury wykorzystał do projektowania scenografii ludobójstwa. Poszerzone „ja" nie jest z konieczności „ja" lepiej ukierunkowanym.

Synteza, ku której zmierza esej Champy

Dla Ruskina czytamy, by stać się lepszymi. Dla Prousta czytamy, by stać się pełniej sobą. Czytelnik Ruskina jest uczniem; czytelnik Prousta jest kimś przechodzącym osobliwy rodzaj odkrywania siebie, które potrzebuje cudzych słów jako okazji, ale nie jako źródła.

Rozwiązanie nie polega na wycofaniu się z Prousta. Polega na uznaniu, że każda z tych koncepcji jest prawdą cząstkową, która do właściwego funkcjonowania potrzebuje drugiej.

Ruskinowska zdyscyplinowana uwaga wobec doskonałych dzieł jest właściwym zaleceniem na etapie wczesnej formacji. Młody czytelnik, który nie wykształcił jeszcze nawyku trwałej koncentracji, który nie nauczył się odróżniać tego, co jedynie sprawia przyjemność, od tego, co naprawdę poszerza — potrzebuje kierownictwa, jakie daje starannie dobrany kanon. Smak trzeba wykształcić, zanim będzie można mu zaufać. Tradycja wielkich ksiąg w swym najlepszym wydaniu nie jest ćwiczeniem z kulturowego konserwatyzmu, lecz reżimem formacyjnym: daje czytającemu umysłowi dostatecznie dużo kontaktu z autentyczną doskonałością, by zaczął rozpoznawać różnicę między głębią a jej symulacją. Nie można otworzyć się na całość literatury od samego początku, bo bez uprzedniej formacji nie sposób odróżnić spotkania od pochlebstwa.

Jednak Ruskinowski schemat, przyjęty w izolacji, wytwarza czytelnika, który wiecznie pozostaje uczniem — wiecznie chodzi do książek, by coś zdobyć — i nigdy do końca nie dochodzi do tego, co opisuje Proust: chwili, gdy zdanie cię zatrzymuje, nie dlatego, że zawiera potrzebną ci informację, lecz dlatego, że dosięgło części ciebie, o której istnieniu nie wiedziałeś. To doświadczenie jest realne i jest najważniejszą rzeczą, jaką czyni literatura. Czytelnik ukształtowany dyscypliną Ruskina, który następnie spotyka pisarza spoza kanonu — niespodziewany głos, pomniejszego powieściopisarza, poetę pracującego w tradycji, której nigdy nie studiował — może wnieść jakość uwagi wypracowaną przez formację do tekstu, który ruskinowski program mógłby wykluczyć.

Celem lektury nie jest wyrafinowanie. Nie jest nim nawet odkrywanie siebie, o jakim mówi Proust. Jest nim spotkanie z Prawdą i poszerzanie przez nią — a prawda, jak podkreśla Balthasar, przychodzi w formie, przez piękno, z głębi, która zawsze przekracza stronicę.

Ruskin buduje czytelnika. Proust go wyzwala. Żadne z nich nie wystarcza.

[^1]: David Schindler, „Hans Urs von Balthasar: His Life and Work", s. 62: „był naprawdę zawodowym badaczem literatury niemieckiej, a nie teologiem".

[^2]: „La mistica del amor: Balthasar, Spyer de Birot, ch. 5": „l'enjeu primordial, pour l'homme, va être la perception".

[^3]: „An Introduction to Von Balthasar's The Glory of God", s. 8: „przekłada się na coś widzialnego".

[^4]: „La mistica del amor: Balthasar, Spyer III de Birot, ch. 6": „une christologie de la Mission et de l'Amour kénotique".