Sobą, którą już jest

Film dokumentalny Yasera Talebiego „Sarnevesht" (Córka) śledzi losy Sahar — osiemnastolatki z irańskiej prowincji, rozrywanej między własnymi aspiracjami a zależnością niepełnosprawnego ojca. Film przedstawia tę sytuację jako rozstaje między samorealizacją a obowiązkiem. Katolicka tradycja spotkania stawia sprawę głębiej: „ja" nie jest projektem czekającym na urzeczywistnienie, lecz osobą już ukonstytuowaną w relacjach, których nie wybierała.

May 28, 20266 min read

Sahar ma 18 lat, mieszka na irańskiej prowincji i niesie w sobie dwie rzeczywistości, które każdego dnia napierają na siebie: pragnienie studiowania medycyny w odległym mieście oraz ojca, którego niepełnosprawność sprawia, że jej obecność w domu jest czymś bliższym konieczności niż wyboru. Dokument Yasera TalebiegoSarnevesht (Córka), przedstawiony przez Aeon Video, utrzymuje te dwa fakty w jednym kadrze, nie próbując ich pogodzić. Miłość między ojcem a córką jest prawdziwa. Uraza — którą film dostrzega w ciszy — też jest prawdziwa. Przyszłość Sahar naprawdę stoi pod znakiem zapytania. To właśnie jest napięcie, które emanuje z filmu; zasługuje ono jednak na bardziej precyzyjny opis niż ten, który nam zaproponowano.

Czego współczesna perspektywa nie jest w stanie w pełni ogarnąć

Świecka opowieść o dorastaniu ma ustaloną strukturę. „Ja" przychodzi na świat z potencjałem. Rodzina, tradycja i powinność pojawiają się jako naciski z zewnątrz — ciepłe być może, ale ostatecznie ograniczające. Fabuła to walka o wyrwanie się na wolność albo tragedia przegranej. W takiej optyce ojciec Sahar jest komplikacją, a miasto uniwersyteckie na horyzoncie — miejscem, gdzie wreszcie stanie się sobą.

Taka lektura nie jest błędna. Po prostu wychodzi od przesłanki, która zasługuje na namysł: od przekonania, że Sahar jest „ja-w-oczekiwaniu", ukonstytuowanym prywatnie, i że jej relacje stanowią dodatek do osoby już pełnej, a nie częściowe warunki tego, kim jest.

Katolicka tradycja spotkania, rozwinięta najprecyzyjniej przez Hansa Ursa von Balthasara i Adrienne von Speyr, zaczyna od innego punktu wyjścia. Osoba nie jest najpierw wyizolowanym podmiotem, który dopiero potem wchodzi w relacje. Zaistnieć — to zostać zagadniętym, pokochanym, przyjętym. Gabriel Zanotti, pracujący w nurcie personalizmu katolickiego, ujmuje to prosto: kiedy ktoś puka do drzwi, pytamy „kto tam?" — nie „co tam?"[^2]. Ten odruch nie jest konwencją społeczną. Rejestruje coś prawdziwego o tym, czym jest osoba: ucieleśniony rozum i wolność, zdolne do wyboru i już z samej struktury tego ucieleśnienia zwrócone ku innym.

Sahar już tym jest. Nie „ja" w procesie formowania, czekającym na odpowiednie okoliczności, by stać się rzeczywistym. Jest osobą teraz — ukonstytuowaną po części przez ojca, którego oczy za nią podążają, którego miłość nosi w sobie, którego potrzebę niekiedy przyjmuje z urazą. To nie umniejsza jej indywidualności. To zwyczajna tkanka tego, co znaczy istnieć jako istota ludzka, a nie jako wyizolowana wola.

Dystans, którego wymaga miłość

I tu tradycja Balthasara i von Speyr okazuje się niespodziewanie precyzyjna. Adrienne von Speyr pod koniec życia podyktowała rozróżnienie, które Balthasar zachował: istnieje dystans zrodzony z grzechu — wycofanie się z lenistwa, ze strachu, zamknięcie „ja" za własną skończonością — i istnieje dystans zrodzony z szacunku i miłości. W każdej miłości, podkreślała, dystans jest konieczny. Całkowite wtopienie się w potrzebę drugiego nie jest miłością, lecz rozpuszczeniem się. Całkowite odgrodzenie się nie jest wolnością, lecz tchórzostwem.

Sytuacja Sahar, widziana przez ten pryzmat, nie sprowadza się po prostu do „jej przyszłość kontra jego potrzeby". To trudniejsze pytanie o to, jak w rzeczywistości wygląda kochający dystans między córką a ojcem, którego zależność jest prawdziwa i którego miłość jest również prawdziwa. Uraza, którą film dostrzega, nie jest dowodem na to, że Sahar kocha źle. Może być znakiem osoby, która próbuje — nie dysponując żadnym użytecznym słownictwem — utrzymać zarazem bliskość, jakiej miłość wymaga, i dystans, jakiego miłość również potrzebuje.

Film jest na tyle uczciwy, że nie rozwiązuje tego dylematu. Ta uczciwość jest jego prawdziwym osiągnięciem.

Najpoważniejszy zarzut

Najpoważniejsze wyzwanie wobec każdej lekturySarnevesht opartej na kategorii spotkania ma charakter strukturalny, nie osobowy. Presja, by Sahar została, nie jest łagodnym zaproszeniem trynitarnej gramatyki daru. To kulturowa siła ciążenia, spotęgowana nieobecnością matki, zależnością niepełnosprawnego ojca i światem społecznym, który tę zależność kieruje raczej ku córkom, zamiast rozłożyć ją sprawiedliwiej. Przywoływanie „miłości jako daru" w tym kontekście grozi upiększeniem czegoś, co w istocie jest układem opartym na przymusie.

Tradycja katolicka nigdy nie twierdziła, że obowiązek spotkania z drugim człowiekiem rozkłada się równomiernie we wszystkich strukturach społecznych. Balthasarowskie ujęcie spotkania wyrosło ze współpracy z von Speyr, która wiązała się z realną asymetrią, wzajemnym ryzykiem i możliwością bycia pochłoniętym, a nie przemienionym. Tym, co czyniło tę relację twórczą, a nie destrukcyjną, nie był brak napięcia, lecz umiejętność nawigowania w nim — powołanie każdej z osób było przez spotkanie wyostrzane, nie wymazywane.

Ta sama możliwość istnieje dla Sahar. Ale możliwość to nie gwarancja. Czy struktury wokół niej pozostawiają jakąkolwiek przestrzeń na taką nawigację — to jest dokładnie to pytanie, na które film odmawia odpowiedzi. Ta odmowa jest właściwa.

Czego nie oddaje metafora rozstaju dróg

Rozstaj dróg zakłada, że człowiek dociera do skrzyżowania niezmieniony, a potem odchodzi w jednym kierunku. Tymczasem Sahar już została odmieniona — przez miłość ojca, przez owiane wiatrem wzgórza, przez lata negocjowania potrzeby i tęsknoty pod jednym dachem. Wybór, którego dokona, nie odsłoni tego, kim naprawdę jest pod tym wszystkim. Przedłuży i skomplikuje „ja" już przez to wszystko ukształtowane.

Ujęcie autentycznego dylematu w sztuce narracyjnej, jakie proponuje Robert McKee, chwyta tu coś moralnie prawdziwego: trudny wybór to nie wybór między dobrem a złem, lecz między dwoma dobrami — lub dwiema stratami — o mniej więcej równej wadze[^3]. Żadna opcja nie unieważnia roszczenia drugiej. Jakąkolwiek drogę Sahar obierze, utraci coś naprawdę wartościowego, by zyskać coś naprawdę wartościowego. To nie jest skaza jej sytuacji. To normalny ciężar poważnego życia moralnego.

Tradycja katolicka w swoim najlepszym wydaniu głosi, że osoba, która zostaje i opiekuje się bliskim, nie jest automatycznie mniej w pełni ludzka niż osoba, która odchodzi i studiuje. Głosi również, że żadna konkretna kobieta nie jest winna dzieła swego życia konkretnemu mężczyźnie tylko dlatego, że biologia i kultura narzucają taki układ. Oba te twierdzenia są prawdziwe i nie rozwiązują napięcia między sobą. Pogłębiają je.

Sahar przybędzie do miasta uniwersyteckiego — jeśli wyjedzie — już po części ukształtowana przez to, co postanowiła robić w tamtym domu. Zostanie na wsi — jeśli pozostanie — naznaczona tym, czego odmówiła. Tak czy inaczej, nie jest „ja" czekającym na zbudowanie. Jest osobą, która przedziera się przez dylemat niosący realne koszty w każdym kierunku. To prawda cięższa, niż sugeruje metafora rozstaju dróg. I bardziej uczciwa.

[^2]: Gabriel Zanotti,Filosofia para no filosofos.

[^3]: Robert McKee,Story: Substance, Structure, Style and the Principles of Screenwriting.

<p style='font-style:italic;'>Zastrzeżenie: Poglądy i treść niniejszego wpisu należą do autora. Przy redakcji gramatycznej i poprawie jasności tekstu korzystano z pomocy AI.</p>